Zagubione w tłumaczeniu

2011, BWA Galeria Sztuki w Olsztynie

Nieobecność opowieści oznacza śmierć T.Todorov

Kiedy siedzę w kinie płaczę. Kiedy oglądam  i czytam, albo czytam i oglądam najnowszą pracę Doroty Podlaskiej, nie kończącą się historię o wędrówce czwórki przyjaciół, jak wilkowi (strona 53.) kapią mi łzy. Opowieść zaczyna się, jak w kinie - albo jak w mitologii - na skrzyżowaniu, albo na rozstaju dróg. Od niej, albo od Herkulesa z czasów służby u Omfale. Tak czy inaczej, jak w każdym filmie niemym - w filmie Doroty są napisy - kobieta czeka. Uwięziona w swojej kulturowej roli, czeka aż z bezruchu wyzwoli ją kolejne ujęcie. Albo opowieść. Niemy film, książeczka, którą można zawsze mieć przy sobie, uruchamiają słowa. Kilka kresek,  biegnących, jak ślady stóp, na czerwonym świetle przez skrzyżowanie. Tylko Dorota wie, co znaczy ten napis w obcym języku. Dziewczyna spogląda na zegarek; ujęcie przeciąga się, i choć nie dzieje się nic, zaczyna się opowieść. Z dziecięcego rysunku wyrasta wilk. Nie wiemy, w którą stronę potoczy się historia. W którą stronę pójdzie namalowana przez Dorotę Ona. I co się jej przydarzy. Kolejne sceny-ujęcia powstają między artystką a spotkaną ( lub raczej wybraną) przez nią osobną. Czyjeś dziecko, parę Holendrów na spacerze w Warszawie, Wietnamkę prowadzącą małą knajpkę na bazarze w Wólce Kosowskiej. Kogoś, kogo jak dziewczyna z filmowo-komksowo-jeszczeniewiadomojakiej opowieści, Dorota spotka na swojej drodze (Napisałam Dorota. Nie artystka). Na razie wiemy, że nie jest sama. Ze za towarzysza wędrówki ma wilka. W ilustrowanej historii (Her-story?) każdy ma swoje „trzy grosze”. Każdej kolejnej napotkanej osobie Dorota historię opowiada od początku. Za każdym razem inaczej.

Miniaturowa wieża Babel powstała niedługo po jej powrocie z Korei. Dorota dobrze czuje się na Dalekim Wschodzie. Myślę, że przyciąga ją tam możliwość wspólnoty (nie wiem, czy mam rację, ale w Korei chyba nikt o kimś, kogo kocha, nie powie, jak o partnerze w biznesie. Partner.). Istniejące jeszcze połacie nieformalnego życia, które w tej części świata, w Europie, dawno już  pożarł późny kapitalizm. Dla Doroty najważniejsze w jej pracy jest spotkanie. Wolne, jak sądzę, od heroicznej pedagogii (łc. peedagogus z gr. paidagogós od país, paidós ‘dziecko’ + ágein ‘prowadzić’). Na spotkanie z Innym zabiera tylko szkicownik. Kolekcjonerka przypadku nie potrzebuje „Laski tułacza”, instrumentów nowoczesnej technologii.

Jej malowana książeczka toczy się w rytmie przygodności. Jak w baśni i jak w hollywoodzkim kinie, dobro w końcu zwycięża.  Dalekowschodni wilk okazuje empatię ( w kulturze Japonii wilki widzą to, co niewidzialne dla innych) i wielkimi łzami wypłakuje swoją ofiarę. Połyka spadające litery, jak krople deszczu. Północna, bardziej swojska natura wilka każe mu połknąć wybawiciela. A kilka stron wcześniej, skonfrontować z własną traumą. Wilk, którego ciągnie do lasu, jak w postmodernistycznej bajce, wpada na swój fantazmat prześladowczy, sto czerwonych kapturków. Na szczęście giną w ogniu stu komet. Nie lubimy tej bajki. Nie bardzo lubimy tu wilka.

Muzeum to nieprzebrane korytarze labiryntu. Pasiasta, geometryczna przestrzeń, wewnątrz budynku, który łasi się do czwórki wędrowców barokową fasadą i mruga rzeźbionymi, jak ze wzornika,  oknami. Muzeum, ma naturę wilka. Kultura  (jak w Kontrakcie Rysownika Petera Greenewaya – rysownika) denuncjuje więc wilka, który na chwilę znika bohaterom z pola widzenia. Noga sprzątacza w jego paszczy na wielkim obrazie w złotych ramach przypominają Jej i Jemu o jego wilczej naturze. On i Ona – teraz już w towarzystwa lwa z żydowskiej wycinanki ( Dorota nauczyła się tej techniki się na warsztatach w ……) – uciekają z muzeum..

„Każda opowieść zdaje się zawierać jakiś n a d m i a r , jakiś naddatek suplement, pozostający poza  zamkniętą formą wytworzoną przez rozwój intrygi. Ten właściwy opowieści nadmiar jest zarazem (i dla tej samej przyczyny)  jakimś niedostatkiem; naddatek jest również brakiem; uzupełnić ten brak stworzony przez naddatek może tylko inna opowieść”.

Czy można traktować ten multiwyobraźniowy szkicownik, nieświadome kultur,  w kategoriach wymiany? Historia za  uprzednio opowiedziane historie. Za złudną chwilę unieśmiertelnienia, za ślad dłoni w szkicowniku artystki? Raczej nie. Twarze i imiona kolejnych opowiadaczy-narratorów zna tylko ona. Wszyscy, nawet pismo, są na równych prawach Mała zapełniona rysunkami, zdjęciami, które kiedyś wyłowiła z masy innych, cytatami z ulubionych malarzy, czy filmów (są i Fred Astaire i Turner i Hokusai) jest małym traktatem o naturze twórczości. Wszyscy zamieszkujemy przestrzeń tekstu, mówi Dorota, dla której jedyną formą artystycznej „kontroli” jest wybrana konwencja. Reszta należy do widzów. Liczy się tylko opowieść.

Ewa Toniak, 2011